Cześć, dzień dobry, dobry wieczór
Zatrzymać się i odpocząć to nie to samo, co rezygnować.
To zdanie jest jak klucz do innego wymiaru istnienia – wymiaru, który przez lata był dla mnie zamknięty.
Przez długi czas żyłam w przekonaniu, że moja wartość mierzy się ilością zrealizowanych zadań, intensywnością wysiłku, ciągłym byciem w biegu. Świat, w którym przyszło mi dorastać – ten świat który pędzi – oszukał mnie. Wmówił mi, że jestem maszyną, a nie organizmem. Maszyna ma pracować, produkować, osiągać. Organizm – potrzebuje cykli, rytmów, faz aktywności i wyciszenia.
Wmówiono mi, że każda chwila bezcelowej obecności jest grzechem lenistwa. "Co robisz?" – pytano, gdy siadałam na ławce i patrzyłam w chmury. "Nic" – odpowiadałam z poczuciem winy, choć przecież robiłam najważniejszą rzecz na świecie: byłam. Byłam ze sobą, ze swoim oddechem, z wiatrem na skórze. Ale to nie było uznawane za "robienie".
I oto teraz, w tym moim czasie oczyszczania w duchu ajurwedy, ta lekcja wraca do mnie ze zdwojoną siłą. Ajurweda nie mówi o wiecznym działaniu. Ona mówi o rytmie, o słuchaniu, o dostosowywaniu się do pór dnia, pór roku, a nade wszystko – do sygnałów własnego ciała. Mówi o agni – ogniu trawiennym, który potrzebuje czasu, by strawić nie tylko pokarm, ale i wrażenia, emocje, doświadczenia. Jeśli nie dam mu czasu na strawienie, jeśli będę dokładać wciąż nowych "straw" do przetworzenia, ogień zgaśnie, a ja zostanę z niestrawioną masą zmęczenia i chaosu.
Zrozumiałam, że zatrzymanie to nie jest pustka. To jest przestrzeń. Przestrzeń, w której to, co przeżyłam, może osiąść, ułożyć się, stać się częścią mnie. To w tej ciszy między dźwiękami rodzi się zrozumienie. To w tym bezruchu ciało mówi do mnie: "Tutaj coś cisnęło, tutaj było mi za ciężko, tutaj potrzebuję ciepła". Gdy pędzę, nie słyszę tego. Gdy się zatrzymuję, zaczynam słyszeć.
Rezygnować – to znaczy porzucić kierunek, odwrócić się plecami do celu, poddać się. Odpoczywać – to znaczy zejść na chwilę z trasy, usiąść pod drzewem, napić się wody, zaczerpnąć tchu, rozejrzeć się po okolicy, zrozumieć, czy droga, którą idę, wciąż jest moją drogą. To nie jest akt kapitulacji, to akt najwyższej mądrości. To troska o tego, kto tą drogą idzie – o mnie samą.
Dziś, kiedy już umiem nie robić nic, czuję, że to jedna z moich największych umiejętności. To nie jest bezczynność, to jest stan głębokiej, receptywnej obecności. To czas, kiedy jestem dla siebie matką, przyjaciółką, opiekunką. To czas, w którym pozwalam sobie po prostu być, bez konieczności udowadniania czegokolwiek komukolwiek, a zwłaszcza sobie.
I w tym "byciu" odkrywam, że siła nie bierze się wyłącznie z napięcia, ale przede wszystkim z odprężenia. Że aby móc dawać światu to, co we mnie najlepsze, muszę najpierw tę przestrzeń w sobie na nowo zapełnić. A zapełnia się ona tylko wtedy, gdy potrafię się zatrzymać i pozwolić, by życie do mnie napłynęło, zamiast wciąż za nim gonić.
OLA SIĘ ŚMIEJE...pozwala sobie czasem po prostu... być.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz