Cześć, dzień dobry, dobry wieczór...
są takie dni, które z pozoru nie mają w sobie nic spektakularnego.
Ruch jest dla mnie czymś znacznie więcej niż aktywnością fizyczną. To mój język komunikacji z ciałem. To sposób, w jaki je słucham i w jaki ono odpowiada.
Dzisiejszy dzień był właśnie taki.
Zaczął się spokojnie, bez planu „do odhaczenia”. Po prostu poczułam, że chcę się poruszać.
Później był długi spacer wzdłuż plaży. Ten rodzaj ruchu, który nie wymaga wysiłku, a jednocześnie robi ogromną przestrzeń w głowie. Każdy krok był jak powrót do prostoty. Szum morza, wiatr, powtarzalność fal – to wszystko sprawia, że wewnętrzny chaos zaczyna się uspokajać. Nie trzeba nic robić. Wystarczy iść.
I na koniec dnia – mały bieg. Taki „maluszek”,bez presji na wynik.
To właśnie w takich dniach najbardziej czuję, jak bardzo ruch jest mi potrzebny. Nie dla formy, nie dla efektu, nie dla „powinnam”. Tylko dla siebie. Dla tego uczucia lekkości, które pojawia się gdzieś po drodze. Dla ciszy w głowie, która nie jest brakiem myśli, ale spokojem. Dla kontaktu ze sobą, który w codziennym pędzie tak łatwo zgubić.
Ruch mnie zbiera. Układa. Ugruntowuje.
Kiedy się poruszam, wracam do ciała. A kiedy wracam do ciała, łatwiej mi być tu i teraz. Bez rozpraszania się tym, co było, i bez wybiegania w to, co dopiero będzie.
Dzisiaj był dzień, w którym „nic się nie działo”.
A jednak czuję, że wydarzyło się bardzo dużo.

