Cześć, dzień dobry, dobry wieczór.
Mam ostatnio coraz częściej takie poczucie, że żyjemy w świecie, który nieustannie mówi nam: więcej.
Więcej osiągaj.
Więcej ćwicz.
Bądź szczuplejsza.
Bądź bardziej produktywna.
Więcej zarabiaj.
Więcej podróżuj.
Rozwijaj się.
Pracuj nad sobą.
Wykorzystuj swój potencjał.
I jeszcze trochę „dowieź”.
Z każdej strony docierają do nas komunikaty, że możemy być lepsi, szybsi, sprawniejsi, bardziej efektywni. Powinniśmy jeszcze coś zrobić, poprawić, osiągnąć albo zmienić.
I nawet kiedy odpoczywamy, czasami robimy to… produktywnie.
Medytujemy, żeby lepiej funkcjonować.
Ćwiczymy, żeby mieć lepsze ciało.
Czytamy, żeby więcej wiedzieć.
Rozwijamy się, żeby stać się lepszą wersją siebie.
Nawet troska o siebie potrafi zamienić się w kolejne zadanie do wykonania.
Kolejna aplikacja.
Kolejny plan.
Kolejna dieta.
Kolejne wyzwanie.
Kolejny cel.
A ja coraz częściej zastanawiam się, czy naprawdę potrzebujemy tego wszystkiego.
Czy naprawdę nasze życie stanie się lepsze, jeśli dołożymy do niego jeszcze jedną rzecz?
Czy może właśnie nadszedł czas, żeby zacząć coś odejmować?
Przez wiele lat uczono nas, że rozwój oznacza dodawanie.
Dodaj nowe umiejętności.
Dodaj doświadczenia.
Dodaj sukcesy.
Dodaj aktywność fizyczną.
Dodaj kolejne cele.
Tymczasem może prawdziwa zmiana czasami zaczyna się zupełnie inaczej.
Od zatrzymania.
Od rezygnacji z tego, co już nam nie służy.
Od odłożenia czegoś, co przez lata było dla nas ważne, ale dziś stało się ciężarem.
Od powiedzenia: nie muszę.
Bo nie wszystko, co możemy zrobić, musimy robić.
Nie każda okazja musi zostać wykorzystana.
Nie każde zaproszenie musimy przyjąć.
Nie każdy cel musi być naszym celem.
Nie każdą rzecz musimy poprawiać.
Nie każdą chwilę musimy wypełniać.
I chyba właśnie z tym mamy największy problem.
Z pustą przestrzenią.
Z ciszą.
Z nicnierobieniem.
Z chwilą, w której nie osiągamy, nie planujemy i nie pracujemy nad sobą.
A przecież to właśnie wtedy może pojawić się coś niezwykle ważnego.
My sami.
Mam wrażenie, że bardzo łatwo jest zgubić siebie w codziennym pośpiechu.
W pełnym kalendarzu.
W powiadomieniach.
W ekranie telefonu.
W kolejnych obowiązkach.
W nieustannym poczuciu, że jeszcze coś powinniśmy zrobić.
Czasami nawet nie zauważamy, że jesteśmy zmęczeni, bo nauczyliśmy się funkcjonować mimo zmęczenia.
Nie pytamy już siebie: „Jak się mam?”.
Pytamy: „Co jeszcze dzisiaj muszę zrobić?”.
A może warto odwrócić to pytanie.
Zamiast: „Co jeszcze mogę zrobić?”
zapytać:
„Czego naprawdę teraz potrzebuję?”
Może potrzebuję snu.
Może ciszy.
Może spaceru bez liczenia kroków.
Może obiadu ugotowanego powoli, bez patrzenia na zegarek.
Może rozmowy z kimś bliskim.
Może dnia bez telefonu.
A może po prostu potrzebuję niczego nie robić.
I pozwolić sobie na to bez poczucia winy.
Coraz bardziej wierzę, że troska o siebie nie zawsze polega na tym, żeby coś do siebie dodać.
Czasami troska o siebie polega na odejmowaniu.
Odejmowaniu presji, że muszę być lepsza.
Odejmowaniu obowiązków, które nie są naprawdę moje.
Odejmowaniu relacji, które mnie wyczerpują.
Odejmowaniu ekranów, które zabierają mi uwagę.
Odejmowaniu porównań z innymi.
Odejmowaniu życia według cudzych standardów.
Odejmowaniu tego nieustannego przekonania, że jeszcze nie jestem wystarczająca.
Bo może jestem.
Może Ty też jesteś.
Może nie musimy cały czas stawać się kimś innym.
Może możemy po prostu coraz bardziej wracać do siebie.
Dzisiaj coraz bardziej podoba mi się myśl, że życie nie zawsze potrzebuje kolejnego planu.
Czasami potrzebuje przestrzeni.
Przestrzeni, w której możemy usłyszeć własne myśli.
Przestrzeni, w której możemy poczuć swoje ciało.
Przestrzeni, w której możemy zauważyć, czego naprawdę chcemy, a czego już nie.
Bo kiedy cały czas jesteśmy zajęci, bardzo łatwo pomylić własne pragnienia z oczekiwaniami świata.
Myślimy, że chcemy więcej pieniędzy, choć tak naprawdę chcemy poczuć bezpieczeństwo.
Myślimy, że potrzebujemy kolejnego sukcesu, choć tak naprawdę potrzebujemy uznania.
Myślimy, że musimy zmienić swoje ciało, choć tak naprawdę potrzebujemy zaakceptować siebie.
Myślimy, że powinniśmy jeszcze bardziej się rozwijać, choć być może najbardziej potrzebujemy odpocząć.
I może właśnie dlatego warto czasami się zatrzymać.
Nie po to, żeby zrezygnować z życia.
Ale po to, żeby sprawdzić, czy życie, które prowadzimy, naprawdę jest nasze.
Być może nie potrzebujemy więcej.
Być może potrzebujemy mniej.
Mniej hałasu.
Mniej pośpiechu.
Mniej „muszę”.
Mniej porównywania się.
Mniej udowadniania.
Mniej ciągłego poprawiania siebie.
A więcej oddechu.
Więcej ciszy.
Więcej uważności.
Więcej zwyczajnego bycia.
Więcej czasu spędzonego naprawdę ze sobą i z tymi, którzy są dla nas ważni.
Więcej życia, które nie jest kolejnym projektem do zrealizowania.
Bo przecież nie jesteśmy projektem, który trzeba nieustannie ulepszać.
Jesteśmy człowiekiem.
I może właśnie dlatego czasami największym aktem troski o siebie jest powiedzieć:
„Dzisiaj już wystarczy”.
Odłożyć telefon.
Zamknąć laptopa.
Wyjść na spacer.
Położyć się wcześniej spać.
Usiąść w ciszy.
Wziąć głęboki oddech.
I przez chwilę niczego od siebie nie chcieć.
Nie osiągać.
Nie poprawiać.
Nie udowadniać.
Po prostu być.
Może właśnie w tej prostocie, w tej ciszy i w tej przestrzeni, którą robimy wokół siebie, zaczynamy na nowo słyszeć własny głos.
I może wtedy odkrywamy, że to, czego tak długo szukaliśmy, wcale nie było gdzieś przed nami. Było w nas.
Tylko potrzebowaliśmy odjąć trochę tego, co zagłuszało nasz własny głos.
Może więc zamiast pytać siebie: „Co jeszcze mogę dołożyć do swojego życia?”, warto dziś zapytać: „Co mogę z niego odjąć, żeby zrobić więcej miejsca na siebie?”
Bo być może nie potrzebujemy więcej.
Być może potrzebujemy po prostu wrócić do siebie.
OLA SIĘ ŚMIEJE...zostwia Ciebie z tymi słowami, a Ty mozesz decydować, czy chcesz nadal dokładać, czy może chcesz juz coś odjąć.




